|
Centrum Kredytowe
|
|---|
| Weź kredyt z: |
|
Rzomowa z profesorem Zbigniewem Grabowskim, prezesem Polskiej Izby Inżynierów Budownictwa
Rz: Nawet minister budownictwa przyznaje, że budowanie w Polsce to dziś droga przez mękę. Co trzeba zmienić w prawie, by ułatwić życie budowlane inwestorom?
ZBIGNIEW GRABOWSKI: Po pierwsze, prawo budowlane musi być napisane czytelnym dla przeciętnego odbiorcy językiem. Służy przecież nie tylko prawnikom czy wykwalifikowanym inżynierom. Inwestorzy żądają także uproszczenia procedur: chodzi o czas. I my się z tym zgadzamy.
Na pewne obiekty, chociażby domy jednorodzinne, nie będzie potrzebne zezwolenie.
Gdzie to tylko możliwe, powinno się budować na zasadzie zgłoszenia robót. Ale czy zezwolenie będzie konieczne, czy nie, ma wynikać z wielkości wznoszonego budynku. Na razie trwają dyskusje, czy ma to być 1000 mkw. czy 1000 metrów sześciennych. Zezwolenia nie powinny być potrzebne na remonty. Izba stoi jednak na stanowisku, że nawet przy budowaniu na zasadzie zgłoszenia potrzebny będzie dziennik budowy, bo wszystko musi być zapisane.
Jak pan ocenia propozycję rządu dotyczącą definicji budownictwa społecznego?
Najlepsza definicja może być bardzo źle stosowana i odwrotnie. A budownictwo społeczne powinno służyć możliwie najszerszej grupie, która ma niespecjalnie wysokie dochody, w tym oczywiście młodym, którzy powstrzymują się z założeniem rodziny, bo nie mają mieszkania. Uważamy, że do przyjętej definicji trzeba jak najszybciej dać przepisy wykonawcze, w których będzie się mieściła cała istota rzeczy.
Które propozycje resortu budzą wątpliwość Izby?
Jest problem, jak rozstrzygnąć kwestię kontroli projektów. Czy mają to robić licencjonowane przez ministerstwo jednostki czy zespoły sprawdzające, które mogłyby powstawać np. przy organizacjach budowlanych. Izba skłania się ku stanowisku, aby w zespołach opiniujących byli inżynierowie o wysokich kwalifikacjach zawodowych. Forma organizacyjna jest nam obojętna.
Co do tej pory Izbie udało się zrobić?
Zebraliśmy chociażby przepisy - w uzgodnieniu z Głównym Urzędem Nadzoru Budowlanego - dotyczące uprawnień budowlanych, poczynając od 1928 roku. Zmieniały się ustawy, ale uprawnienia jako takie zostawały. Stąd dzisiejszy problem trudności w ocenie, do czego jest uprawniony ten, który ma uprawnienia pod rządami ustawy z 1938 roku w stosunku do aktualnych przepisów. My zrobiliśmy wykładnię porównawczą, którą udostępniliśmy inspektorom powiatowym i wojewódzkim. Poza tym rokrocznie szkolimy 30 tys. osób na różnego rodzaju kursach; współczesne życie wymaga samokształcenia.
Branża się kształci i z Polski ucieka...
Problem w płacach. Jeśli inżynier gdzieś w gminie może dostać 1200 zł, a w innym kraju dostanie 1200 euro, to co wybierze? Wyjeżdżają głównie młodzi, bo znają języki.
A Polska musi szukać specjalistów na zewnątrz. Jakie kryteria muszą spełniać?
Kiedy powierzono nam uznawanie kwalifikacji, wyraźnie powiedzieliśmy, że ci, którzy chcą pełnić u nas samodzielne funkcje techniczne, muszą nauczyć się języka polskiego. Efekt jest taki, że ten zapis znalazł się w dyrektywach unijnych. Zapis, że trzeba znać język danego kraju, ma wejść w życie od października tego roku. Byłem gotów się bić o to nawet w Strasburgu. Czy ktoś sobie wyobraża, że zapisy w dzienniku budowy będzie robił zamiast inżyniera tłumacz? To byłoby nie do przyjęcia. Kierownik robót musi się przecież porozumiewać z wykonawcą.
Kto nam będzie budował projekty na Euro 2012?
Ogromne fundusze są w zasięgu ręki. Może się jednak okazać, że zadanie jest tak wielkie, że nie dajemy sami rady go wykonać. Mamy już jednak rozpoznanie, że zagranica czeka na ogłoszenie przetargów: przyjdą do nas firmy zagraniczne. I to nie tylko z Ukrainy, ale też z Niemiec i Czech. Wzrasta nam w tej chwili np. liczba zgłoszeń o uznanie uprawnień od Słowaków i Czechów. Wszyscy się zorientowali, że Polska może być także dla nich rynkiem pracy.
Część branży wieszczy, że ceny mieszkań wzrosną tak, że budownictwo trzeba będzie ograniczyć, bo nie będzie komu ich kupować. Zgadza się pan z taką wizją?
Niestety, tak. Wzrastają nawet do 40 procent ceny materiałów budowlanych, których dodatkowo zaczyna brakować. Paradoksalnie, niektóre jest taniej sprowadzić choćby z Belgii, niż kupić w Polsce. Problem jest po prostu w naszych zarobkach. Jeśli będą, jakie są, a ceny pozostaną unijne, to czarny scenariusz może się spełnić.
rozmawiała Aneta Gawrońska
Źródło: Rzeczpospolita